Bez tytułu też może być
Dzisiaj będzie krótko i bez sensu (kurde – obiecałam sobie ostatnio, że nie napiszę na blogu niczego, co sensu nie będzie miało, ale fuck that – never mind). Złapałam mały brak weny do pisania kazań jak ksiądz na ambonie, więc sorry Winetu – nie tym razem kochani. Patrzę przez okno przy moim biurku i widzę… bloki i szare chmury… coś tam nawet leci (chyba deszcz nawet). To wszystko ma na mnie depresyjny wpływ, chociaż uchodzę za osobę, która raczej z depresji ludzi wyciąga (niech mnie też ktoś przyjdzie pogłaskać albo postawić na nogi – będę wdzięczna). W głośnikach leniwie leci jakaś melodia ze słowami „kirlyc kirlyc kirlyc” – nie wiem, o co w niej biega, jest straszna. Tak sobie siedzę i marnuję ostatni miesiąc wakacji zastanawiając się nad sensem życia i śmierci przed monitorem komputera – dość negatywne wnioski mam, ale jak widać (a wy nie widzicie, hehe) na załączonym obrazku uparcie do takiego finału zmierzam. Upajam się swoim lenistwem przed czekającym mnie całym rokiem szkolnym pierniczenia o dupie maryni w szkolnej ławie. Właściwie to ja bym już chciała do tej ławy wrócić – wyjść z domu rano wrócić późnym popołudniem i mieć monopol na bycie wiecznie wkurzoną i wieczny bałagan na biurku.
Obecnie do szczęścia potrzebne mi są 3 rzeczy: nowe spodnie, telefon do przyjaciela i rękaw koszuli w kratkę, za który ostatnio chorobliwie mam ochotę targać (metafora taka, niewiele osób zakapuje, o co mi chodzi).
Idę już… Kupię sobie siekierkę na allegro i zrobię domek na drzewie… whatever… do nastepnego posta.






